Guilty Pleasure #1: Godzilla

godzilla-98-1

Też tak czasami macie, że wbrew ogólnej opinii, a może nawet i zdrowemu rozsądkowi, jakiś film szalenie się Wam podoba, a… przecież nie powinien? I nie mam tu na myśli produkcji, które z konceptu lub z zasady są tak złe, że aż fajne (dzieła Tromy czy „Zombeavers”). W tym cyklu chcemy skupić się właśnie na takich produkcjach, niekoniecznie ograniczając się tylko do filmów. No to zaczynamy od mojego guilty pleasure, którego ani trochę się nie wstydzę 😉 Panie i Panowie, oto mega hit Polsatu – „Godzilla” Rolanda Emmericha.

Oceny:
IMDb: 5,3/10
Metacritic: 32/100
Rotten Tomatoes: 16%

Dla porównania, “Godzilla” z 2014 roku:
IMDb: 6,5/10
Metacritic: 62/100
Rotten Tomatoes: 74%

Jak patrzę na te oceny, szczególnie w porównaniu do dzieła Garetha Edwardsa, zastanawiam się, czy ze mną jest coś nie tak, czy to inni kompletnie się nie znają? Co więcej, na Rotten Tomatoes film ten jest na trzeciej pozycji najgorzej ocenianych produkcji Rolanda Emmericha (wyprzedził go tylko z 8% „10.000 B.C.” – w tym przypadku zasłużenie; i niejaki „Stonewall”, którego nie znam), a na Metacritic otrzymał zaszczytne drugie miejsce (o dziwo tutaj „10.000 B.C.” jest oceniany lepiej – say what?).

Jasne, ten film ma swoje wady, ale jak go oglądam, nie potrafią one przyćmić dobrej zabawy, która towarzyszy mi przy każdym seansie. To idealny blockbuster na odmóżdżenie – fabuła pruje z szybkością Formuły 1, dzięki czemu nie mamy czasu zastanawiać się nad głupstewkami. No ok, jak widać niektórym bardzo mocno one doskwierają, a raz zasiane ziarenko nienawiści…

Ale ale, czy jednak problem nie leży w samej Godzilli? Emmerich odważył się pokazać klasycznego potwora według własnego konceptu. To już nie jest ten charakterystyczny gumowy kaiju, lecz jakiś cyfrowy jaszczur, który nijak przypomina legendę. Czy nie dzięki temu produkcja Edwardsa zyskała taki poklask, bo oddała hołd klasykowi? No bo w czym niby jest tak bardzo lepsza od potworka Emmericha? Więcej akcji? Nie, przecież Godzillę widzimy dopiero po godzinie seansu. Lepsze efekty specjalne? Heloł, szesnaście lat różnicy, ale rozpierducha sama w sobie niewiele się różni. Mniej głupot? Dobre sobie. Lepszy klimat? Być może, bo jest bardziej apokaliptyczna, a Emmerich olaboga dorzucił sporo humoru. Lepsze aktorstwo? Byłoby, gdyby Bryan Cranston pograł trochę dłużej. Lepsza muzyka? Szczerze mówiąc, nie pamiętam jej w obu przypadkach. Wierność oryginałowi? Bingo.

Mam wrażenie, że gdyby nazwać film Emmericha inaczej, nie wiem, „Rozprawka o rodzicielskim instynkcie”, wszyscy dobrze by się bawili. Bo co my tu mamy? Krótki wstęp i zaraz Godzilla kroczy po NY niszcząc wszystko na swojej drodze, a to wszystko przy akompaniamencie wybuchów i świetnych efektów specjalnych. Ale zapewne chodzi o brak dramatyzmu, bo wszyscy naokoło śmieszkują. Pewnie też dlatego, że Godzilla jest jakaś taka mała? A może, bo nie broni nas przed innymi kaiju? Jeśli jednak ktoś przyrówna mi „Godzillę” do „Transformers 4”, że niby ten sam poziom kiczu, to wystalkuję i zmuszę do maratonu z filmami Uwe Bolla <diaboliczny śmiech>

(Irek)

Jedna uwaga do wpisu “Guilty Pleasure #1: Godzilla

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s