From Spielberg with Love [recenzja: Midnight Special]

midnight_special_poster

Filmy sci-fi nie zawsze potrzebują gigantycznych budżetów, by zrobić wrażenie – zarówno od strony wizualnej, jak i fabularnej. „Midnight Special” kosztował zaledwie 18 milionów dolarów, ale w żadnym momencie tego nie odczułem. Jasne, nie jest to historia epickich rozmiarów, lecz prosty w konstrukcji film drogi z domieszką tajemnicy i fantastyki. A jeśli dziwi Was skąd tytuł posta, to właśnie Spielberg jako pierwszy przyszedł mi na myśl po skończonym seansie – tak, Stefan zdecydowanie mógłby nakręcić taki film na przełomie lat 70-tych i 80-tych.

Tajemnica towarzyszy seansowi od początku do końca. Rozwiązanie nie należy może do najbardziej zaskakujących, jednak puzzle układają się na tyle sensownie, że widz nie powinien zareagować westchnieniem rozczarowania. Konstrukcja fabularna jest co prawda prosta jak budowa cepa, ale zapewne nie raz mieliście wrażenie, że ktoś niepotrzebnie gmatwa historię. Zatem mamy tajemniczego chłopca z „mocami”, który zostaje rzekomo porwany przez ojca oraz jego pomocnika, a następnie przez cały film uciekają przed sektą i rządem. Banalne, nie? Ale właśnie w tej prostocie tkwi piękno. To właśnie cała zagadka wokół chłopca napędza fabułę. I mimo że niektórzy mogą rozwiązać ją szybciej niż przed finałem, to jednak po filmie nadal możemy debatować nad tym, kim tak właściwie jest ten młodzieniec.

Pewnie myślicie, że skoro niewielki budżet, to wypada słabo wizualnie. Nic z tych rzeczy. Owszem, to film drogi, ale gdy trzeba, efekty specjalne są dopracowane. Widać że wykorzystano każdy dostępny dolar. Również pod względem dźwiękowym i muzycznym (kolejny raz, prostota). Dorzućmy jeszcze świetne dobranych aktorów – Michael Shannon (nota bene grający w każdym filmie reżysera), Joel Edgerton, Kirsten Dunst (serio, tutaj nie wkurza) czy Adam Driver (ponoć w pierwszym dniu zdjęć dowiedział się, że zagra Kylo Rena). Do tego Jaeden Lieberher, który wyrasta na kolejny talent młodego pokolenia, że wspomnę tylko o jego występie w „Mów mi Vincent”.

Reżyser Jeff Nichols nie ukrywa, że kocha dokonania Stevena Spielberga i to da się odczuć. „Midnight Special” ma flow bardzo przypominający wczesne filmy sci-fi Spielberga – na myśl przychodzą oczywiście „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” czy „E.T.”. Mimo że fabuła do najdynamiczniejszych nie należy i pozornie niewiele się dzieje, potrafi przykuć do ekranu i trzyma w napięciu. Wydaje mi się, że Nichols chciał tą produkcją oddać hołd swojemu idolowi, jak swego czasu zrobił to samo J.J. Abrams z „Super 8”.

„Midnight Special” nie bez powodu znalazł się na liście najbardziej oczekiwanych filmów 2016+ według IMDb. To prosta opowieść sci-fi z domieszką thrillera, która niewątpliwie w wielu z Was wzbudzi sentyment do kina fantastycznego lat 80-tych. W erze blockbusterów, które wszystko muszą mieć „naj”, a kończy się często jedynie na najbardziej chaotycznej feerii efektów specjalnych (oczywiście czasami nic w tym złego), produkcja Jeffa Nicholsa okazuje się być powiewem świeżości, swego rodzaju panaceum na zszargane nerdowskie nerwy. Innymi słowy, miłej kuracji z pozdrowieniami od Spielberga.

(Irek)

Jedna uwaga do wpisu “From Spielberg with Love [recenzja: Midnight Special]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s