W pogoni za szczęściem [recenzja: Suicide Squad]

Suicide-Squad-movie-banner

Jak już zapewne zauważyliście, van nie pozostawił na filmie suchej nitki. Zasłużenie? Poniekąd tak, szczególnie gdy pisze z perspektywy die-hard fana. Ja swoją przygodę z komiksami superbohaterskimi mam już dawno za sobą, co nie zmienia faktu, że uwielbiam ich ekranizacje. Tak się też składa, że Suicide Squad był dla mnie najmniej znanym tematem z wszystkich dotychczasowych filmów (zarówno DC jak i Marvela). I może właśnie ta perspektywa pozwoliła mi podejść do seansu z bardziej chłodną głową – niczego się nie spodziewałem (mimo że trailery robiły robotę), więc dostałem przyjemny seansik, jednakże z całą garścią problematycznych elementów.

[SPOILERY]

Przede wszystkim film jest beznadziejnie zmontowany. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy to jakaś plaga. Zarówno „Warcraft”, „BvS”, ba, nawet „Civil War”, chciały opowiedzieć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Jasne, da się, ale do tego potrzebny jest utalentowany i doświadczony reżyser. A najlepiej daj pan sobie po prostu więcej czasu (vide „BvS: Ultimate Edition”, o czym na dniach), albo nie upychaj tylu wątków w zaledwie 2,5 godziny – daj szansę sensownie rozwinąć fabułę, zależności między bohaterami itd. Wracając do „Suicide Squad”, tu jest jeszcze gorzej niż w wymienionych filmach. Nie dość, że reżyser David Ayer miał na to zaledwie 2 godziny, to jeszcze zrobił to po prostu nieumiejętnie. Wiem, przedstawienie bohaterów miało być cool, trochę komiksowe, trochę teledyskowe (coś na miarę przezabawnego horroru „Feast”), ale jeśli nie nadążasz czytać owych prezentacji, ani nie jesteś przekonany, że akurat ci złoczyńcy są najlepszym wyborem (bo w sumie dlaczego mieli być?), to coś tu jest nie tak. Innymi słowy, pierwszy akt może i jest przebojowy, ale jak się tak zastanowić, to jest totalnie bez ładu i składu.

Gdy dochodzimy do właściwej akcji w sumie nie jest wcale lepiej. Tytułowa grupa wałęsa się po mieście, co chwilę rzucając ciętymi tekstami, aby tylko było zabawniej, a niestety często wypada to jak ujęcia z dokrętek. I jak nigdy nie zwracam uwagi na błędy pomiędzy scenami, tak dłuższe włosy Ricka Flaga w pierwszym akcie, na jeża w drugim i znowu dłuższe w ostatniej scenie z Deadshotem, strasznie mnie rozbawiły… negatywnie. Drobnostki, ale psują wrażenie, bo albo nieumiejętnie posklejano dokrętki, albo reżyser kiepsko nadzorował całą produkcję (co niestety widać).

I po diabła tak uczłowieczać tych psycholi? Nie fajniej byłoby, gdyby te postaci faktycznie były złe do szpiku kości? O ile ciekawiej oglądałoby się próby kontrolowania przez Amandę Waller prawdziwych psychopatów? A tak okazuje się, że to zagubione aniołki w skórze diabła, które chcą po prostu być szczęśliwe (scena wizji Harley – brak słów) – pewnie Joker też miał trudne dzieciństwo. Wychodzi to na nieudolną próbę podrobienia „Guardians of the Galaxy”, ale tam nigdy nie było mowy, że to najgroźniejsi przestępcy świata… tfu… galaktyki.

Nie zmienia to faktu, że same w sobie postaci w filmie są całkiem udane. Największe brawa należą się Harley Quinn i Deadshotowi (choć jego background był koszmarnie miałki), ale to oni byli niejako głównymi bohaterami, więc poświęcono im sporo uwagi. Swoje komediowe przebłyski mieli Killer Croc i Captain Boomerang, dlatego też szkoda, że dali im tak mało czasu. To samo tyczy się historii Jokera i Harley. Z filmu wycięto sporo scen z ich udziałem, przez co miałem wrażenie, że jak by całkowicie usunąć Jokera, nawet byśmy tego nie odczuli. Skoro mowa o kreacji Jareda Leto, cóż, do swoich poprzedników się nie umywa (szczególnie do Heatha Ledgera), ale nie mam nic przeciwko tej kompletnie nowej wersji klauna. Ba, chciałem więcej retrospekcji, więcej jego psychopatycznego humoru. Ponadto fajnie było zobaczyć Gacka (czy nawet Flasha), ale scena w trakcie napisów z deka niepotrzebna – swoją drogą, czy jest jeszcze ktoś, kto nie wie, że Bruce Wayne to Batman?

Z postaci największy problem sprawił mi główny złoczyńca, który zwyczajnie nie przekonał. To tym bardziej dla mnie problem, bo Enchantress miała najlepszą charakteryzację zaraz obok Harley Quinn. Żona uświadomiła mnie, że grała ją jakaś znana modelka – coś w tym jest, bo nie mogłem od niej oderwać wzroku 😉 Ale gdy już wylałem na siebie kubeł zimnej wody, motywacje wiedźmy wydały się… niezrozumiałe? Bo o co jej tak naprawdę chodziło? Nie wiem, może za dużo się spodziewałem, wszak przecież nawet Marvel ma problem z przedstawianiem villainów, ale u nich wychodzi to jakoś bardziej naturalnie.

I w tym momencie dochodzimy do sedna DCEU. Podobnie jak van, bardzo podobał mi się „Man of Steel” i „BvS”, ale nie przymykam oczu na wady tych produkcji. Twórcom filmowego uniwersum DC po prostu brakuje pewnego zmysłu, swoistego komiksowego instynktu. Nie wiem, jak robią to goście z Marvela, ale ich filmy wydają się być bardziej poukładane, jakby kręcone bez presji (tak, wiem, znam perypetie Jossa Whedona przy produkcji „Age of Ultron”). Twórcy DCEU chyba za bardzo się starają, albo nie starają się w ogóle, co jest szczególnie widoczne w przypadku „Suicide Squad” – fabuła na odwal, schizofreniczny montaż (zabawny ten pomysł z zatrudnieniem dodatkowo firmy od trailerów) i… dobra, starczy, bo w sumie film mi się podobał, do diaska. Dlaczego?

No właśnie, czytając swój wywód sam mam wrażenie, że pisała to osoba cierpiąca na rozdwojenie jaźni. Ale taki właśnie jest „Suicide Squad” – budzi zarówno negatywne, jak i pozytywne reakcje. Z jednej strony to produkcja lekka i przyjemna, taki fajny wakacyjny odmóżdżacz, który łatwo wchodzi, ale jako wielki fan kina superbohaterskiego, chciałbym jednak czegoś więcej. Co z tego, że dobre efekty, świetna muzyka (chociaż momentami źle dobrana), bekowi bohaterowie, skoro wszystko jakoś bez pomyślunku – zwyczajnie chaotycznie. Może naprawi to jakaś ultimate edition, ale nie w tym rzecz – gdzie czasy, gdy wersje specjalne były tylko ukłonem w stronę fana? Z świetnego filmu robiły jeszcze lepszy (chociażby „Władca Pierścieni”), a nie naprawiały go!

Podsumowując, z perspektywy niedzielnego widza jest fajnie – 6/10.
Z perspektywy fana komiksów i tychże ekranizacji – 4/10, a na większym wkurwie przeszłaby nawet ocena vana.

Liczę na to, że wyjdzie ultimate edition, która naprawi chaos, doda więcej Jokera i Harley, a z czystym sumieniem dałbym może nawet 6/10.

[Irek]

Jedna uwaga do wpisu “W pogoni za szczęściem [recenzja: Suicide Squad]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s