Powrót do przeszłości: The Thing

 

7DE34E21-E3E2-43CB-B845-540CF8BB48E9-51111-000012EACACEA0D4

Gdy jeszcze nie wiedziałem, kim jest John Carpenter, a byłem bodajże 10-letnim cwaniaczkiem, który niczego się nie boi, w pewien piękny słoneczny dzień rodzice puścili mi i kuzynowi horror. Chciałem się sprawdzić i obejrzeć w końcu coś strasznego. I w sumie mogę być z siebie dumny, bo do końca seansu wytrwałem siedząc sztywno na fotelu (kuzyn schowany pod kocem, odkrywając tylko jedno oko), ale ten mrożący krew w żyłach film zapamiętałem na całe życie – do tej pory jest to jedna z moich ulubionych pozycji z gatunku horror sci-fi. Co jednak ciekawe, „The Thing” nie cieszył się uznaniem od samego początku.

„Coś” jest drugą ekranizacją opowiadania „Who Goes There?” Johna W. Campbella – do tego wierniejszą niż pierwsza adaptacja z 1951 roku. Film zadebiutował w kinach w 1982 roku w ten sam dzień co „Blade Runner” Ridleya Scotta. Wspólna jest nie tylko data premiery, ale również odbiór recenzentów – oba filmy zostały mianowicie obrzucone błotem. W przypadku „The Thing”, krytycy chyba nie byli gotowi na taką dawkę terroru. Chwalono techniczny aspekt efektów specjalnych, ale już nie ich wizualną stronę, która została uznana za odrażającą (choć znaleźli się tacy, co krytykowali nawet samą charakteryzację!). Podobnie niektórzy nie mogli poradzić sobie z ciężkim klimatem. Szczególnie spodobało mi się określenie „piekielne antidotum na E.T.”. O ile spora dawka gore i przemocy jest kwestią gustu, o tyle oskarżanie filmu o brak suspensu i dramaturgii to jakieś nieporozumienie. Nie wiem jak Wy, ale ja do tej pory siedzę w napięciu podczas każdego seansu, a trochę mam ich za sobą (ostatni jakieś 2 miesiące temu). Oczywiście recenzje miały swoje odzwierciedlenie w box officie, który delikatnie mówiąc nie zachwycił, a jak na swoje czasy i gatunek, 10 mln budżetu to było całkiem sporo (porównując do niecałych 500 tys. wydanych na „Halloween”). Co zabawniejsze, nawet muzyka została nominowana do Złotej Maliny – trzeba dodawać coś więcej? Carpenter dość ciężko przeżył odbiór filmu, chociażby z tego względu, że była to jego pierwsza wysokobudżetowa produkcja. Ba, nie oszczędzał go nawet reżyser pierwszej ekranizacji, Christian Nyby, który publicznie nie stronił od krytyki, wysyłając wszystkich do rzeźni, jeśli chcą obejrzeć krew.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – „The Thing” z czasem stawał się coraz bardziej popularny, aż w końcu zyskał miano klasyka i jednego z najstraszniejszych filmów w historii kina. Pewnie dlatego dopiero po wielu latach zaczęto myśleć o kontynuacji – były plany na mini-serię dla Sci Fi Channel czy kinowy „The Thing II”, ukazujący dalsze losy MacReady’ego i Childsa. Ostatecznie na dużym ekranie zobaczyliśmy prequel, a sequel pojawił się zarówno w wersji komiksowej (kilka alternatywnych kontynuacji przygód MacReady’ego, m.in. w Nowej Zelandii), jak i w formie gry video, którą Carpenter uznaje za kanon (polecam, świetna pozycja, mimo że nigdy jej nie ukończyłem, bo… miałem uszkodzą jedną z płytek CD…). Pojawiło się nawet opowiadanie „The Things” z perspektywy obcego, które ukazuje naszego gościa z dość zaskakującej strony.

Jak już wspomniałem wyżej, dzisiaj film Johna Carpentera jest absolutnym klasykiem kina grozy. I to zdecydowanie zasłużenie. Sam reżyser uznaje go za pierwszą część Trylogii Apokalipsy, w skład której wchodzą jeszcze „Prince of Darkness” i „In the Mouth of Madness” – wszystkie traktują o „kosmicznym horrorze” (określenie to powinno być dobrze znane fanom H.P. Lovecrafta). Jak na dobre kino grozy przystało, w „Coś” odnajdziemy wszystkie najważniejsze elementy. Przede wszystkim suspens, towarzyszący nam od pierwszych minut filmu i rosnący z każdą kolejną. Dalej, świetna scenografia i efekty specjalne, które robią wrażenie po dziś dzień – ba, w dobie wszędobylskiego CGI z otwartymi ramionami przyjmuję produkcje, raczące nas porządnie zrealizowanymi praktycznymi efektami. Aktorstwo jest na tyle dobre, że nie trudno nam wczuć się w klimat grozy i paranoi, co potęguje również skromna w dźwięki, ale mocna w przekazie muzyka Ennio Morricone (nominacja do Złotej Maliny… litości…). Innymi słowy, mamy do czynienia z klasykiem, który się nie starzeje i jeszcze długo będzie wyznaczał standardy w gatunku horror sci-fi. No bo czy lepszą rekomendacją nie będzie fakt, że ekipa ze stacji naukowej Amundsen-Scott na Antarktydzie co roku w ramach tradycji odpala film? W końcu jak robić sobie klimat do badań, to tylko z najlepszym podkładem 😉

[Irek]

thing_xlg.jpg

Zdjęcia: Impawards

3 uwagi do wpisu “Powrót do przeszłości: The Thing

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s