Bogowie na tournée

hjxsiom

Neila Gaimana szczególnie przedstawiać nie trzeba. Ci, którzy nie znają go z książek, znają go z komiksów. Ci, którzy nie znają go z komiksów, znają go z telewizji. Pisał jeszcze scenariusze, ale jeżeli książki, komiksy czy najnowszy serial Amerykańscy Bogowie wam nic nie mówią, to i tak nie skojarzycie.

Gaiman jest niezwykle poczytnym autorem, uwielbia koty, przyjaźni się z Tori Amos, chodzi ubrany na czarno, a do tego jedna z jego najsłynniejszych książek trafiła nie tak dawno na ekrany telewizorów.

Amerykańscy Bogowie, bo taki tytuł nosi zarówno powieść jak i serial, to rzecz, z którą warto się bliżej poznać. Uwaga na spoilery 🙂

Na wstępie zaznaczam, iż książkę przeczytałem mniej więcej w 20%. Żałuję tego i na pewno wrócę do niej, bo warto. Niemniej grzechy młodości zebrane na kupce wstydu wracają do mnie raz na jakiś czas, między innymi dzięki srebrnemu ekranowi. Nie będę się więc odnosił do pierwowzoru, na bazie którego powstał serial.

Czy Ameryka ma swoich bogów? Oczywiście, że ma – są to bogowie indiańscy, zarówno ci manifestujący się bezosobowo jak Manitou, siły przyrody w liczbie mnogiej, sprawcy życia i śmierci, jak i różni bogowie słońca, księżyca, piorunów, życia czy śmierci. Ale ci nie są głównymi bohaterami serialu, a przynajmniej nie w pierwszym sezonie (aczkolwiek ich obecność jest zaznaczona w jednym z epizodów), dlatego nazwa może być trochę myląca, choć w rzeczywistości jest przewrotna – oto amerykańskimi bogami są obecnie bogowie wierzeń europejskich czy afrykańskich, którzy przybyli do Ameryki na pokładach statków, niesieni wierzeniami i przesądami wikingów, imigrantów czy niewolników.

I właśnie to jest jedna z tych rzeczy, dzięki którym serial się tak świetnie ogląda – historia podróży bogów ze starego kontynentu. Jak się tu znaleźli? Z kim przypłynęli? Jak się manifestowali? Poznajemy dobrze zaprezentowane historie zapomnianych współcześnie bóstw, które wraz ze swoimi wyznawcami wieki temu pojawili się na amerykańskiej ziemi. Każda historia jest inna, podobnie jak każde bóstwo – twórcy serialu mieli naprawdę doskonały pomysł żeby usprawiedliwić przed widzami obecność tychże daleko od swoich pierwotnych wyznawców.

anansi-625x352

Drugą świetną rzeczą jest pokazanie bóstw w znanej nam rzeczywistości i stopniowe odkrywanie przed nami jak oni w tej rzeczywistości się odnajdują. A tutaj bywa różnie – afrykańska bogini Bilquis, królowa Sheby, która niegdyś była wielbiona przez królów i książąt, a teraz musi uwodzić zwykłych ludzi by zaspokajać swój głód na „miłość”; rosyjski bóg Czernobog, który według wierzeń słowiańskich był przyczyną nieszczęść, w serialu jest sadystą ubolewającym, że pracując w rzeźni zabija krowy pistoletem na sprężone powietrze, a nie jak niegdyś młotem; Ostara, bogini płodów, symbol rozkwitu przyrody na wiosnę, sportretowana jako piękna kobieta w średnim wieku, która żyje sobie powoli w pięknej willi, zapomniana i smutna, że ludzie świętują Wielkanoc, zamiast jej święta; mamy nareszcie Odyna, boga piorunów, który źle się czuje będąc zapomnianym, przez co zaczyna krucjatę przeciwko nowym bogom.

I tutaj dochodzimy do kolejnego świetnego pomysłu Gaimana, oto nowi bogowie to nie kto inny jak technologia, media i globalizacja. Oni też są spersonifikowani kolejno przez młodego chłopaka, stylizowaną na postacie z telewizyjnych i kinowych produkcji kobietę oraz przystojnego i dobrze ubranego jegomościa. To oni mają teraz wyznawców, to im oddaje się cześć i to oni są solą w oku Odyna, który zamierza rzucić im wyzwanie i powalczyć o rzeszę wiernych. Patrząc się na obecne czasy, gdzie gdyby odebrać nastolatkowi telefon to on mógłby nawet do kibla nie trafić, trudno o bardziej dosadne, ale i trafne pokazanie, kto kieruje naszym życiem. Kiedyś wierzono, że bogowie, obecnie jest to technologia. Jest to smutne i zmuszające do refleksji zobrazowanie pewnej prawdy o obecnych czasach. Sam przyznaję się do tego, że jestem uzależniony w dużym stopniu od technologii – social media, internet, TV, Youtube, Spotify, PS4… Każdy z nas jest, być może dlatego będę trzymał kciuki za stare bóstwa w nadchodzącym sezonie czy sezonach.

American Gods (screen grab) CR: Starz

Pośrodku dwóch grup mamy dwoje niezwykłych ludzi: Shadow Moona który jest towarzyszem podróży, a raczej pracownikiem sympatycznego Mr. Wednesday’a, oraz jego żonę Laurę, która umarła w dość niecodziennych okolicznościach, ale dzięki magii pewnej monety została przywrócona do życia i próbuje odnaleźć swojego ukochanego. Dwoje niezwykłych ludzi pomiędzy wiarą a nauką, pomiędzy bóstwami a technologią, którzy próbują odnaleźć się w tej niezwykłej sytuacji, sprawia, że mamy kolejny punkt widzenia, który jest równie ciekawy co bóstw próbujących odzyskać wyznawców czy nowoczesności odsyłających wierzenia i przesądy do lamusa.

Każda ze stron konfliktu, wraz z ludźmi pomiędzy nimi, jest przedstawiona bardzo dobrze. Każda postać która pojawia się na ekranie telewizora czy monitora, jest ciekawie pomyślana. Ale to nie wszystko, gdyż aktorzy grający w serialu to osobny temat zasługujący na pochwałę. Genialny Ian McShane portretujący tajemniczego Mr. Wednesday’a to klasa sama w sobie; świetna Gillian Anderson wcielająca się w uosobienie mediów i przybierająca różne role; szara myszka Emily Browning grająca Laurę, niby sztywna, niby bez wyrazu, ale taka ma być jej postać, ma sprawiać wrażenie, że ma wszystko w dupie; czy rewelacyjny Peter Stormare, który świetnie odnajduje się w roli Czernoboga. Widać, że aktorzy wykonali kawał dobrej roboty przygotowując się do ról, nawet Jeremy Davies jako Jezus, występujący jedynie epizodycznie, wypada naprawdę bardzo dobrze. Jedyny minus aktorski to postać Shadow Moona. To jest może nie do końca minus, co na tle innych prezentuje się słabiej, ale być może taka miała być jego kreacja – zagubionego, smutnego gościa, którego wypuścili z więzienia szybciej ze względu na pogrzeb żony, a który wybrał się w podróż pełną niezrozumiałych zjawisk.

american-gods-exclusive-clip-shadow-moon

Serial miewa momenty dłużyzny, ale każda współczesna produkcja nas do nich w mniejszym bądź większym stopniu przyzwyczaja. Z drugiej strony to jest zawsze szansa na lepsze poznanie postaci, ich historii, motywów, słabości, namiętności itp. Nie wiem na ile scenariusz jest odzwierciedleniem książki, więc nie oceniam tej produkcji jak adaptacji, a jako osobną produkcję.

I ta produkcja według mnie się broni. Po obejrzeniu ośmiu odcinków chcę więcej, pierwszy sezon zakończył się w momencie, kiedy przed widzem zostały odkryte karty i wiadomo co nadchodzi.

A nadchodzi – mam nadzieję – wojna, wiele bitew, poszukiwania sojuszników, a co się z tym wiąże: więcej ciekawych bogów, więcej ich historii, może jakaś zdrada czy dwie, kto wie? Ja na kolejny sezon czekam z zapartym tchem.

Werdykt: 9/10!

3 uwagi do wpisu “Bogowie na tournée

  1. Akurat wczoraj skończyłem oglądać i teraz nie mogę się doczekać co będzie dalej, jeśli książka o tym traktuje, to pewnie zdążę przeczytać zanim wyjdzie drugi sezon. Ale prawdą jest że też mi się dłużyło momentami. Ulubiony wątek to chyba leprechaun, vulcan albo właśnie wspomniana biliquis. Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s