Filmy

Stranger Things, level: hardcore [recenzja: To]

Pierwsza ekranizacja powieści Stephena Kinga z 1990 roku mimo swoich wad zyskała przez te wszystkie lata miano kultowej. Duża w tym zasługa niezapomnianej roli Tima Curry’ego jako klaun Pennywise. Twórcy nowej wersji mieli zatem ciężki orzech do zgryzienia, tym bardziej, że żyjemy w czasach przesytu wszelkiej maści remake’ami, ekranizacjami czy innymi rebootami. Śpieszę zatem poinformować, iż ku mojemu wielkiemu zadowoleniu, zdecydowanie temu zadaniu podołali.

Nie będę się skupiał na porównywaniu do książkowego oryginału (wstyd się przyznać, ale nie czytałem… jeszcze) i pierwszej ekranizacji, gdyż oglądałem ją wiele lat temu. Zatem ocenię film z perspektywy współczesnego widza, który… został zabrany w nostalgiczną podróż do lat 80-tych. Tak, tak, nie trudno się zorientować, że nowe „To” wpisuje się w ramy popularnej ostatnio tęsknoty za tamtymi czasami. Podobieństwa do świetnie przyjętego serialu Netfliksa, „Stranger Things”, nasuwają się same (ba, nawet mamy jednego aktora z tamtej ekipy). Jestem jednak daleki od zarzucania twórcom plagiatu – to bardziej inspiracja klimatem, gdyż dzieciaki kontra stwór wziął się z oryginału Kinga. I od razu odrzućcie myśli, że film powstał na fali popularności serialu – dowodem na to jest liczba 27 (najpóźniej po seansie powinniście wiedzieć, o co chodzi).

Jako rocznik ’80-ty, moje oczy chłonęły każdą scenę, każdy element scenografii. Czy to BMXy, na których śmigali nasi bohaterowie, czy plakat „Koszmaru z ulicy Wiązów 5” w miejscowym kinie. Twórcom udało się idealnie oddać tamten okres, nie zapominając nawet o wszelkich guilty pleasures jak New Kids on the Block (nie, nie, ja wielbiłem Świętą Trójcę S – Sandra, Sabrina, Samantha Fox 😉). Podobnie jak w serialu „Stranger Things”, nostalgiczny klimat nie daje nam o sobie zapomnieć do ostatniej sekundy filmu. Jedynym przypomnieniem, że to współczesna produkcja, to lepsza jakość efektów specjalnych – jak nie trudno się domyślić, dzięki CGI twórcy mogli sobie pozwolić na wiele więcej.

Ukłony również idą za wybór kategorii wiekowej. Obawiałem się, że producenci będą chcieli stworzyć ugrzecznioną wersję, by dotrzeć do większej widowni. Na szczęście klimat lat 80-tych to również bezkompromisowe podejście do przemocy. Mimo że bohaterami są nastolatkowie, nie ma zmiłuj się. Jak trzeba, wyrywane są ręce, poruszane są poważne tematy jak znęcanie się nad słabszymi czy pedofilia, a i nasi milusińscy klną jak robotnicy na budowie.

Movie-Cast-2017-1024x549

Nie da się ukryć, że gdyby nie bohaterowie, film wiele by stracił, a może nawet poniósłby klapę. Klub Frajerów to fantastycznie pokazana zgraja kumpli, którzy, mimo że nie oszczędzają się w kwestii dokuczania, poszliby za sobą do samego piekła. Dodajmy do tego jedyną dziewczynę w ekipie i robi się uroczo krępująco, gdy pierwsze motylki zaczynają wariować w brzuchu. Dzięki nastoletnim bohaterom nie brakuje również humoru, ale wynikającego z relacji między nimi, a nie slapstickowego, by w sztuczny sposób rozładować napięcie. A tego ostatniego zdecydowanie nie brakuje.

Ekranizacja ta jest rasowym horrorem – klimat grozy jest nieodłącznym towarzyszem. Wielka w tym zasługa Pennywise’a, w którego wcielił się Bill Skarsgard – aktor wywiązał się z zadania wyśmienicie. Oczywiście każdy będzie porównywał go do kultowego Tima Curry’ego, ale jak dla mnie nie ma się czego wstydzić. Jedynym minusem jest fakt, że nowy klaun jest cały czas przerażający. Myślę, że by zwabiać dzieciaki, powinien być przynajmniej na początku bardziej uroczy, przyjacielski z wyglądu. Jak jednak odłożymy tę drobną wadę na bok, mamy do czynienia z świetną kreacją pod każdym względem – poczynając od wyglądu (no koszmar senny jak się patrzy), po niepokojącą mimikę czy gestykulację całego ciała.

„To” zaskakuje również nietypowym jak na horrory czasem trwania. Praktycznie jednak nie czuć tych ponad dwóch godzin, gdyż doszczętnie wsiąkłem w klimat filmu i nie chciałem by się kończył. Obawiam się, że druga część może nie udźwignąć ciężaru (podobnie jak to było z mini-serialem), ale jedynka to bez wątpienia wyborna rozrywka i podróż sentymentalna. Może osobiście życzyłbym sobie troszkę mniej komputerowych efektów, bo te niestety czasami widać i jakoś gryzły mi się z latami 80-tymi. Nie zmienia to faktu, że dla Starych Koni to pozycja obowiązkowa!

Ocena: 8/10

[Irek]

it_ver2_xlg

Zdjęcia: Impawards

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s