Przerwana lekcja muzyki [recenzja: Alita: Battle Angel]

O ekranizacji mangi „Gunm” mówiło się od 2005 roku, gdy James Cameron zapowiedział, że będzie to jego kolejny film. Nic jednak z tego nie wyszło (wygrał „Avatar”), więc produkcję na długie lata odłożono na półkę. W końcu pod producenckim okiem Camerona film przejął Robert Rodriguez i można było ruszyć na pełnych obrotach. Sęk w tym, że w którymś momencie moja ekscytacja opadła (ciągle przekładana premiera) i nie potrafiła jej podnieś nawet promocja. Czekaj, jaka promocja? Czy tylko ja mam wrażenie, że takowa nie istniała? Koniec końców, z jednego z najbardziej oczekiwanych filmów w swoim czasie, „Alita: Battle Angel” wpadła do worka „obejrzy się, bo wychodzi, ale who cares…”.

Oj, oj, powiało pesymizmem, ale niestety w taki właśnie sposób podchodziłem do seansu. Kiedyś się nim ekscytowałem, a że w końcu ma premierę, no to warto chociaż raz obejrzeć. Może i dobrze, że hype dawno opadł, bo oglądałem właściwie bez oczekiwań i w sumie był to przyjemny seans. Rzecz w tym, że „przyjemny seans” na razie nie zapowiada się, by miał zwrócić się w box office, a co za tym idzie, najpewniej nie doczekamy się kontynuacji.

alita-battle-angel-01

Bo „Alita: Battle Angel” to tak naprawdę wstęp do filmowej sagi/trylogii (zależy jak chciano to ugryźć) – fabuła opiera się mianowicie na pierwszych czterech zeszytach mangi. Biorąc pod uwagę, że jest ich dziewięć, jeszcze sporo miało być przed nami. I takie też miałem wrażenie podczas seansu – im bliżej było końca, tym bardziej zastanawiałem się, jak oni chcą to zakończyć, byśmy nie mieli wrażenia ucięcia w połowie historii. Przypomina mi się pierwszy seans „Władcy pierścieni”, gdy nie byłem zaznajomiony z twórczością Tolkiena – jakież było moje zdziwienie, gdy Frodo i Sam nie dotarli do góry 😉. Trochę podobnie jest tutaj – film opowiedział nam jakąś historię, ale jest to zaledwie skrawek tego, co czeka na nas dalej. Przetrawiłbym to, gdyby była mowa o pierwszym odcinku serialu lub kręconej za jednym zamachem całej trylogii, lecz tutaj tak nie jest i niesmak niedokończenia historii może pozostać na zawsze.

Zobacz także: TOP 10: Najbardziej oczekiwane filmy 2019

Jest to o tyle smutne, że „Alita: Battle Angel” jest generalnie przyzwoitym filmem, który ma jednak swoje problemy. Bardzo polubiłem główną bohaterkę i doktora Ido, a i wiele pobocznych postaci jest na tyle barwnych, że ciekawiły mnie ich dalsze losy lub jakie tajemnice skrywają. Oczywiście efekty CGI to najwyższa półka i mimo że parę razy pojawił się jakiś nienaturalny uśmiech na twarzy Ality, a mangowe oczy nie każdemu podpasują (jak dla mnie dodają jej uroku i mają swoje fabularne znaczenie), to czapki z głów za życie wtłoczone w tego cyborga. No i fani tej odmiany robotów będą mieli istną ucztę dla oczu – tak wielu różnych postaci z wszelkiej maści cyborgizacjami dawno nie uświadczyliśmy. Ogólnie przedstawiony świat jest intrygujący, zaś miasto w swojej brzydocie oszałamia wizualnie – znowu, zapewne zobaczyliśmy zaledwie jego skrawek i jeszcze wiele miałby przed nami do odkrycia. Nie można również narzekać na sceny akcji, które są niesamowicie dynamiczne i trzymające w napięciu, a wszystko to podkreślone świetną muzyką autorstwa Junkie XL, dzięki któremu dostaliśmy sporą dawkę dobrej elektroniki (sprawdźcie chociażby ten kawałek).

alita-battle-angel-02l

Scenariusz miewa jednak momentami problem z płynnością (próby domknięcia w formie spójnego filmu), a historia miłosna razi naiwnością (z drugiej strony Alita to nastolatka z sercem na dłoni). Największą bolączką jest jednak brak wyraźnego trzeciego aktu, czyli do czego dąży fabuła w finale. Może ci, którzy znają mangę, inaczej na to spojrzą, lecz ja miałem wrażenie nadmuchiwanego balonika, który zamiast w finale wybuchnąć nadmiarem akcji, emocji i zaskakujących rozwiązań, to w rzeczywistości z każdą minutą spuszczano z niego powietrze.

Zobacz także: TOP 10: Filmy które nigdy się nie nudzą 

„Alita: Battle Angel” to film trochę nierówny, lecz pomimo swoich problemów broni się w ogólnym rozrachunku. Z jednej strony drażnią mnie wady, a z drugiej już dzień po seansie miałem ochotę na kolejny. Duża w tym zasługa niezwykle uroczej Ality, fajnych postaci drugoplanowych (Jackie Early Haley, Jeff Fahey!) i naprawdę świetnych efektów specjalnych. Wystarczy teraz trzymać kciuki za box office, bo chcę zobaczyć dalszy ciąg!

/Ireneusz Podsobiński

Ocena: 7/10

alita_battle_angel_poster

 

 

 

3 uwagi do wpisu “Przerwana lekcja muzyki [recenzja: Alita: Battle Angel]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s