Providence, tom 3 (RECENZJA)

„Providence” to seria, która może budzić ambiwalentne odczucia. Czasami zachwyca, innym razem przynudza, ale mimo tego nieustannie zaciekawia. Po poprzednich albumach oczekiwałem trochę więcej, niż w ostateczności otrzymałem, dlatego z tym większymi nadziejami i obawami sięgnąłem po finalny tom serii. I przyznam, że zostałem zaskoczony…

Pierwsza połowa albumu to jeszcze mniej więcej styl znany z poprzednich tomów. Szczerze mówiąc, pierwszy odcinek zaczął mnie już w pewnym momencie irytować, gdyż był po prostu przegadany. Jasne, relacja między Robertem Blackiem a H.P. Lovecraftem jest ciekawa na swój sposób, ale gdybym kupował tę serię jako pojedyncze zeszyty, to po numerze 9 chyba dałbym sobie spokój. Fabuła rozkręca się w kolejnym odcinku, nabierając tempa w jego drugiej połowie. Później następuje coś, czego kompletnie się nie spodziewałem…

providence 2

Odcinek 11 to totalny twist, choć jego początek jeszcze tego nie zwiastuje. Generalnie w tym miejscu powinienem skończyć pisać o fabule, by nie psuć wam frajdy i opadu szczęki, który towarzyszył mi podczas lektury. Wspomnę tylko, że zdrowie psychiczne Blacka zostanie mocno naderwane, a jego raptularz odegra kluczową rolę. Alan Moore w genialny sposób rozwinął akcję i kolejny raz zaskoczył swoich czytelników, wciągając ich w lovecraftowskie szaleństwo. Czy muszę jeszcze podkreślać, jak bardzo ten album byłby inny, gdyby nie nad wyraz realistyczne ilustracje Jacena Burrowsa (tak, nadal nie mogę przeboleć „Mitów Cthulhu”)? Panowie tak mocno puszczają wodze fantazji, że pozostaje je tylko chłonąć.

Zobacz także: TOP 10 Albumów metalowych do słuchania w czasie apokalipsy

Mimo że trzeci tom jest zdecydowanie najlepszy (przede wszystkim dzięki drugiej połowie), trochę szkoda, że Moore obrał taką, a nie inną formę tejże serii. „Providence” jest po prostu zbyt rozwleczone. Gdyby skondensować fabułę w 2-3 odcinkach mniej, dostalibyśmy genialne studium popadania w szaleństwo i reperkusje tegoż w odcinkach 11 i 12 (nie skróciłbym ich nawet o kadr!). A tak miejscami śledzimy podróże i rozmowy Blacka, nie czując żadnego napięcia, czy nawet krzty zagrożenia. Inna sprawa, że jak już Moore podkręca tempo i wprowadza wszelakie dziwności, wracamy na odpowiednie tory przedwiecznej mitologii.

providence 1

W poprzednich recenzjach momentami chciałem pisać, że „Providence” to zmarnowany potencjał, ale instynkt podpowiadał mi, żeby wstrzymać się do finału. I jakże się cieszę, gdyż po jego przeczytaniu mam prawdziwą ochotę zacząć lekturę od początku, by jeszcze dokładniej odkrywać niektóre wątki. Moore sprawił, że ciekawość zwyciężyła i została wynagrodzona. Nie była to płynna i miła przygoda, lecz pełny zakrętów rwący potok, który sprawiał, że odbijałem się od brzegów, ale koniec końców wpadłem do lovecraftowskiego oceanu, gdzie zachłysnąłem się przedwieczną wodą i przeżyłem plugawe katharsis.

Ocena: 8/10

/Ireneusz Podsobiński

Egzemplarz komiksu dostarczyło wydawnictwo Egmont.

providence t3 okładkaWydanie: 2020

Scenarzysta: Alan Moore

Ilustrator: Jacen Burrows

Tłumacz: Jacek Żuławnik

Typ oprawy: twarda

Data premiery: 25.03.2020